WE RAFAEL - WSPÓLNOTA EWANGELIZACJI - Ruda Śląska

Świadectwa

Rok 2014

Na poprzedniej modlitwie o uzdrowienie duszy i ciała usłyszałam słowa przeznaczone dla mnie: „Jesteś jak kwiat róży, jesteś taka piękna, taką Ciebie widzę i obiecuję Ci, że już nie stracisz ani jednego płatka swojego kwiatu, już nikomu nie pozwolę Cię więcej skrzywdzić”. Wiem o jakich zranieniach były te słowa. Od pewnego czasu zauważyłam, że w cudowny sposób Jezus broni mnie w tych sytuacjach, w których zazwyczaj doznawałam krzywdy od drugiej osoby. Ta Jego obietnica pomaga mi się więcej nie lękać, przyniosła mi pokój i pewność, że Pan jest moim Pasterzem i uchroni mnie od zła. Jezus powiedział, że patrzy na mnie jak na kwiat róży, jednak nic nie wspomniał o moich kolcach, których mam przecież tak wiele… Dla niego jestem piękna, pomimo moich grzechów i słabości. I jeszcze ten piękny obraz na koniec modlitwy, kiedy Jezus przyszedł do każdego z nas i z Obfitości swojego Najświętszego Serca przelewał łaski wprost do naszych serc, do serca każdego z nas, poczułam wtedy tak wyraźnie jego realną świętą obecność, i za to wszystko Chwała Panu!


Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! W czwartek 02.10.2014r. byłam po raz pierwszy na Mszy z modlitwą o uzdrowienie duszy i ciała w Sanktuarium Św. Józefa. Moja droga z Bogiem dopiero się rozpoczyna. Przez okres ok 6 lat nie chodziłam do kościoła i nie przyjmowałam sakramentów świętych. Nie potrafię powiedzieć dlaczego "oderwałam" się od kościoła. W tym czasie modliłam się, starałam się żyć zgodnie z przykazaniami, wierzyłam w Boga i nie miałam wątpliwości co do tego, że jest przy mnie i mnie kocha. Jednak Kościół jako wspólnota, mistyczne ciało Jezusa stało się dla mnie chyba czymś symbolicznym (również sakramenty). Z jednej strony miałam świadomość, że bez sakramentów tak naprawdę nie ma życia a z drugiej chyba stłumiłam w sobie tę świadomość, może dla własnej wygody i usprawiedliwienia się. Jestem osobą bardzo zamkniętą w sobie wręcz aspołeczną. Wszelkie relacje z ludźmi są dla mnie bardzo trudne, nawet zwykłe zakupy czy zapytanie o godzinę są dla mnie bardzo stresujące. Najprawdopodobniej spowodowane jest to m. in. tym, że jestem DDA (mój ojciec jest alkoholikiem). Jednak nie chcę wszystkiego zwalać na ten syndrom. Mimo to Bóg pokierował moim życiem tak, że w miarę normalnie funkcjonuję (mam na myśli to, że pracuję i studiuję) jednak moje relacje z ludźmi nawet z najbliższymi są bardzo okrojone. Mam wąskie grono znajomych, które sobie cenię jednak nawet przed nimi nie potrafię się otworzyć. Nie potrafię okazywać swoich emocji i uczuć tak jak powinnam, tłumię w sobie wszystko robiąc wrażenie osoby która nie ma żadnych problemów. Jedynym plusem tej sytuacji jest chyba to, że potrafię słuchać i często na tym moje znajomości się opierają. Z czasem jednak zaczynam odczuwać jakbym była "śmietnikiem" do którego wszyscy wrzucają swoje "śmieci", ale nie ma już nikogo, kto byłby w stanie go opróżnić (zdaję sobie sprawę, że to moja wina bo na to po prostu nie pozwalam). W tegoroczne wakacje, tak naprawdę bez konkretnej przyczyny zaczęłam jakby szukać Boga, zapragnęłam się do niego zbliżyć, pojednać...i zaczęły się schody. Spowiedź, która zawsze była dla mnie czymś stresującym stała się czymś nieosiągalnym. Prosiłam Boga by mi pomógł przezwyciężyć strach, by choć siłą mnie zaprowadził do konfesjonału. Rozmowa z księdzem w konfesjonale zdawała się być czymś nieosiągalnym... w konfesjonale przecież nie rozmawia się o pogodzie, a dotyka się głębi duszy. Dla mnie taka rozmowa z najbliższymi osobami była niemożliwa a co dopiero z obcym księdzem. Świadomość, że to z Bogiem mam rozmawiać i z nim się pojednać a ksiądz jest "tylko" (dla mnie aż) pośrednikiem niestety nie pomagała. Nie chodziło o wstyd jaki wiąże się z tym jak do tej pory wyglądało moje życie, bo skoro nie wstydziłam się grzeszyć to i wyznać tych grzechów. Ale sam kontakt z obcym człowiekiem w którym mam odsłonić swoją duszę. Niestety kilka razy skończyło się dezercją z kościoła. Siadałam w ławce aby się pomodlić, poprosić Boga o pomoc...ale nie dałam rady. Za którymś razem (w sierpniu) usiadłam odruchowo w innej części kościoła, przy konfesjonale innego księdza. Strach był chyba jeszcze większy niż przy poprzednich próbach, jednak wstałam i ustawiłam się w krótkiej kolejce. Przyszła moja kolej... całą spowiedź płakałam jak małe dziecko, ksiądz był bardzo wyrozumiały, zadawał pytania jak 5-letniemu dziecku a ja, mimo że chciałam na nie odpowiedzieć nie potrafiłam wydusić z siebie nic prócz wyznania samych grzechów. Od tamtej pory chodzę do kościoła w każdy piątek i niedzielę, przystępuję do sakramentu ołtarza. Jednak spowiedź dalej wydaje mi się być czymś jeszcze bardziej nieosiągalnym z czym próbuję walczyć i wierzę, że z Bożą łaską mi się to uda. Nie mogę napisać, że Bóg nie działa w moim życiu, bo zawsze mimo wielu porażek i przeciwności działy się w moim życiu "małe - wielkie cuda" za które jestem wdzięczna. Jednak odkąd bardziej się staram, szukam, dążę... mam wrażenie jakby się przede mną ukrywał, nie potrafię znaleźć odpowiedzi, ukojenia w modlitwie, nie potrafię rozeznać co jest wolą Boga względem mnie, nie potrafię Go "poczuć" co wcześniej paradoksalnie było łatwiejsze. Wiem jednak, że Bóg jest przy mnie, że mnie kocha. Nie wiem czy to jakaś próba, może ja jestem czymś zaślepiona, stawiam między nami mur z jakichś słabości, przywiązań... tego nie wiem, ale jestem pewna, że Bóg mnie nie opuścił, bo On nikogo nie opuszcza! Od jakiegoś czasu często trafiałam na wzmianki o mszach z modlitwą o uzdrowienie duszy i ciała. Początkowo nie myślałam o tym, żeby w takiej uczestniczyć. Stwierdziłam, że Bóg uzdrawia podczas każdej Mszy Św., spowiedzi, modlitwy, działa cały czas w każdej duszy, która wyraża na to zgodę. Jednak często trafiałam na te informacje nie szukając ich (w dniu gdy odbywała się pierwsza po wakacjach taka msza w Sanktuarium Św. Józefa trafiłam na tę informację, wcześniej nie wiedząc, że w naszym mieście takowe się odbywają). Postanowiłam, że będę uczestniczyła w tej mszy w październiku no i tak też, się stało. Nie oczekiwałam spektakularnych wydarzeń, wręcz chyba nawet ich nie chciałam. Owszem chyba każdy chce usłyszeć słowa skierowane tylko do niego, ale ja chciałabym je słyszeć, dostrzec w codziennym życiu, czytaniu Słowa Bożego, sytuacjach w moim życiu bo tak przecież Bóg mówi do każdego z nas. Czułam się nieswojo miałam wrażenie, że jestem tam kompletnie obca i inna. Jednak było w tym i coś pięknego. W całym moim "szukaniu" Boga cały czas przewijał się wątek zaufania. Dużo czytałam nie tylko Pismo Święte, ale różne katolickie książki i artykuły. Co rusz rzucały się w oczy słowa "Jezu, ufam Tobie", "Jezu, Ty się tym zajmij", przynaglanie do zaufania (również podczas spowiedzi ksiądz mi o tym przypominał). No i na czwartkowej mszy również. Nie dość, że słowa Ewangelii wzywały do dziecięcej ufności to podczas adoracji został odczytany fragment z pism Sługi Bożego Dolindo Ruotolo, który doskonale znam i który również towarzyszy mi od jakiegoś czasu. Wydawało mi się, że ufam Jezusowi, w końcu ze wszystkim się do Niego zwracam, wszystko Mu powierzam... ale... no właśnie zawsze jest jakieś "ale", jakieś zamartwianie się, strach o to, że mimo iż Jezus mi pomoże ja mogę coś zepsuć. A jeśli się ufa, to ufa się na 100%, a nie na pół gwizdka, innej opcji nie ma. Albo się ufa albo nie, koniec i kropka. Myślę, że każdy z nas potrzebuje takiej dziecięcej ufności a ja zrozumiałam, że bardzo się myliłam sądząc, że ufam. Jestem osobą, która musi mieć wszystko poukładane, tworzę w głowie scenariusze wydarzeń, wybiegam w przyszłość, analizuję przeszłość, zamartwiam się wszystkim nawet tym czego już zmienić nie mogę i nie mam na to wpływu...W ten sposób nie pozwalam działać Jezusowi. A to On jest Panem mojego życia i tylko On ma prawo o nim decydować, tylko On wie co dla mnie dobre. Dlatego postanawiam się modlić o bezgraniczną ufność i walczyć ze wszystkim co przeszkadza Jezusowi działać w mej duszy.

Sylwia


Mam na imię Andrzej i chciałem podzielić się z Wami doświadczeniem Pana Boga w moim życiu w dwóch skrajnie różnych przypadkach. Cztery lata temu, podczas pracy na zmianie nocnej, przeżyłem dramatyczne chwile. Wypełniając swoje obowiązki służbowe, zupełnie niespodziewanie wpadłem do dużego 30 tonowego pustego zbiornika. Upadek z wysokości siedmiu metrów na twarde betonowe podłoże był bardzo bolesny. Po ludzku mówiąc powinienem zginąć w tym wypadku, a żyję i mam się zdrowotnie dobrze. Nigdy nie zapomnę zdziwienia na twarzach ludzi, którzy pospieszyli mi z pomocą. Po odpaleniu palnikiem bocznego włazu do zbiornika patrzyli w oniemieniu, że ja wychodzę z niego po drabinie o własnych siłach. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, co do siły sprawczej mojego ocalenia od niechybnej śmierci. Wiedziałem, że nie mój spryt, nie żadna umiejętność upadania ani moja sprawność fizyczna były odpowiedzialne za to, że żyję. Opatrzność Boża czuwała nade mną. Wielbiłem i wysławiałem Boga. Okazywałem Bogu swoją wdzięczność jak umiałem najpiękniej. To nie tak, że nic mi się nie stało. Wieczorem tego samego dnia po wypadku nie potrafiłem samodzielnie się ubrać, a na moim ciele mało było miejsca, które nie zmieniło by barwy. Ale żyłem, organy wewnętrzne były nieuszkodzone, a liczne prześwietlenia nie wykazały uszkodzenia układu kostnego. W takiej sytuacji jak opowiedziałem, gdy wszystko kończy się przysłowiowym „happy endem” z dużą łatwością dostrzegłem działanie Pana Boga i jego obecność w moim życiu. Znacznie gorzej, gdy sytuacja mówiąc prosto, wymyka się spod kontroli, gdy krzyż codzienności wydaje się zbyt ciężki do udźwignięcia. Taka właśnie sytuacja przytrafiła mi się rok później, podczas gdy w tragicznych okolicznościach zginęła moja 27-letnia córka Danusia, po upadku z wysokości ok. 70 metrów. Nie potrafię powiedzieć, czemu tak się stało – przecież Pan Bóg mógł Ją ocalić, bo może wszystko. W tamtych chwilach wołałem ogarnięty rozpaczą: Panie Boże, czemu mnie opuściłeś. Z perspektywy minionych trzech lat widzę, że Pan Bóg nigdy mnie nie opuścił. Powiem więcej, nigdy nie był tak blisko mnie jak wtedy, w tych tragicznych dla mnie chwilach. Pan Bóg był w tych wszystkich ludziach, którzy otoczyli mnie i moją rodzinę modlitwą. Pan był w tych ludziach, którzy wspierali mnie duchowo, wsparli materialnie a także logistycznie, bo tego wymagała dramaturgia tamtych wydarzeń. W Ewangelii Św. Łukasza przeczytałem słowa Pana Jezusa wypowiedziane do uczniów Jana Chrzciciela „…Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi…” Te słowa dodają otuchy, dają ogromną nadzieję, powodują, że mam nadal ochotę i apetyt na życie. Smutek i żal w sercu będzie i z tego nie uda mi się wyzwolić. To nieoczekiwane wydarzenie, myślę do czegoś mnie mobilizuje, coś mi komunikuje, zaprasza przede wszystkim do zaufania – nawet jeżeli Cię Panie Boże nie rozumiem. Ale przecież Twoje drogi i Twoje myśli nie są moimi. „Jezu ufam Tobie”. Chwała Panu.